......... Ural Polarny czyli "lato z komarami" [Rosja 2001] ...



Trasa Workuta-Siejda-Labytnangi, to jedna z ciekawszych linii kolejowych Rosji. Liczy ona około 400 km., które pokonuje się w 12 godzin, powoli wyjeżdżając z tundry i zbliżając się do olbrzymiego masywu Urala. Jakość torów pozostawia wiele do życzenia, wagonami trzęsie i rzuca. Pociąg stawał co jakiś czas, na coraz to mniejszych stacjach, złożonych z czasem tylko 2-3 budynków. Mieszkańcy wyładowywali towary dla miejscowego sklepu lub tylko dla siebie. Na większych stacjach pojawiały się nieodłączne "babuszki", tutaj czasem w postaci 10-letnich chłopców, sprzedające za 4 ruble najlepsze chyba w Rosji pierożki. Na jednej ze stacji Jacek zjadł 7 takich porcji. Niestety "wreszcie" pojawiły się również i komary, od których tubylcy odganiali się ze stoickim spokojem. Współpasażerowie w naszym wagonie, a jedziechliśmy - w ramach cięć budżetowych - obszczym, czyli jakby trzecią klasa, są dość specyficzni. Dużo geologów, górników jadących po weekendzie do pracy.

Ural Polarny - najbardziej na północ wysunięta część gór Ural, oddzielających Europę od Azji. Wysokości bezwzględne nie są tutaj wielkie, najwyższe szczyty osiągają 1300-1400 m. npm (najwyższy szczyt całego pasma Urala - Narodna ma 1895 m.). Jednak rzeczywiste przewyższenie jest dość duże, ponieważ wychodzi się tutaj praktycznie z poziomu morza, czasem z 100-200 m. npm.

Ponieważ mieliśmy już sporo bagaży (kapcie, skóry, rogi, książki, obrazki i inne suveniry), zadecydowaliśmy, ze nie będziemy spać pod namiotem, ale udamy się do jednej z licznych tutaj turbaz. Idąc za rada architekta Kroszyna wysiedliśmy na stacji bez nazwy, na 110 km miedzy Siejdą a Labytnangą, gorąco witani przez komary spragnione widać "nowej krwi". Turbaza tutejsza wyglądała bardzo przyzwoicie. Warunki takie jak w naszych schronisko, można było używać kuchni i tylko prysznic z wyłącznie zimną wodą był pewnym dyskomfortem. Za to można było korzystać z "pasiołkowej" bani.

Przebywając prawie tydzień w tej osadzie odbyliśmy kilka ciekawych wycieczek.

W pierwszy dzień pogoda była naprawdę ohydna, padało, my jeszcze nie byliśmy przyzwyczajeni do nieodłącznego towarzystwa komarów, udaliśmy się tylko na niedaleki cmentarzyk położony na stokach niewielkiej góry - którą odtąd nazywaliśmy "górą cmentarną".

Na pierwszej górceNa drugi dzień odbyliśmy pierwszy rekonesans w towarzystwie mieszkającego wraz z nami w turbazie redaktora z Moskwy. Jak wielu jego rodaków był kiedyś komandosem, walczył w Angoli, Mozambiki i Afganistanie. Tego dnia weszliśmy tylko na niewielka górkę (pewnie około 400 m. npm.), niemniej zajęło nam to prawie 12 godzin, ponieważ nie przewidzieliśmy przeszkód w postaci rwiących rzeczek, leżącego wszędzie śniegu oraz niesamowitych odległości.
W którymś z kolejnych dni "komandos" uraczył nas napojem o nazwie "grind-twiej" (albo coś podobnie brzmiącym). Jest to napój przypominający w smaku grzańca galicyjskiego.
A oto przepis na "grind-twiej":
- 1 wino wytrawne
- dolać do wina zimnej wody o 1/3 objętości wina
- 3 jabłka pokrojone w 4-ki bez ogryzka
- 1/2 skórki z cytryny pokrojonej na bardzo małe plasterki
- 10 goˇdzików
- wszystko to podgrzać
- w momencie, gdy napój zacznie się pomału gotować, odstawić i dodać 6 ekspresowych herbat (lub równowartość w gruboliściastej herbacie)
- podstawić na bardzo letni gaz i czekać, żeby się zaparzyło
- dodać 3-4 szczypty gałki muszkatołowej i liść laurowy (dowolnie)
- postawić na gazie na 10-15 minut, aż jabłka opadną na dno i zdjąć z gazu
- na koniec można dosłodzić do smaku.


PchamyyyyW kolejny dzień wybraliśmy się na przejażdżkę Ziłem, który akurat przewoził kajaki 7 Rosjanom z Petersurga, którzy chcieli spłynąć jedną z uralskich rzek. Odjechaliśmy 25 km od pasiołka, wysadziliśmy kajakarzy i gdy wracaliśmy kierowca trochę zjechał z drogi i samochód zaczął się zapadać w tundrę. Polskim zwyczajem przynieśliśmy kamienie, Jacek zaczął odkopywać koło z błota (żeby móc potem powiedzieć dzieciom, ze badał ziemię w tundrze). Ziemia 20 cm w głąb była lodowata i wodnista. Mimo naszych prób Ził zapadał się coraz bardziej i bardziej. W końcu, gdy zapadł się aż po kierownicę - poddaliśmy się. Kierowca ruszył biegiem po pomoc, a my spacerkiem do turbazy, eskortując kobietę i 12-latka, naszych współtowarzyszy podróży. Stwierdzić trzeba, że mimo 25 km wycieczka była miła, tym bardziej, że nagle około północy znikły komary i zrobiło się chłodniej, mogliśmy zdjąć z twarzy maski "gazowe", przy pomocy których chroniliśmy się od ukąszeń.
Widok na ZiłaPo drodze minął nas Ural, który jechał na ratunek Ziłowi. Jemu również nie udało się wyciągnąć auta. Dopiero dnia następnego, przy pomocy wiezdiechoda (czyli "czołgu bez lufy" - jedyny sprawdzający się pojazd w warunkach uralskich), wyciągnęli Ziła. Wracający z akcji ratunkowej Ural przewiózł nas przez rieczke ("rieczka" to takie określenie tubylców na wszystkie cieki wodne, niestety nie są one do przebycia dla przeciętnego śmiertelnika, ze względu nie tyle na głębokość, pewnie do 1m., co na temperaturę - po prostu nie da się zamoczyć w tym nawet ręki).
Na koniec dnia, a była już 4 rano, 2 godziny po wschodzie słońca i 2,5 godziny po zachodzie, rozpaliliśmy jeszcze ognisko, po czym wróciliśmy do turbazy.

W kolejny dzień postanowiliśmy wreszcie udać się w "prawdziwe góry". Było nam o tyle prościej, ze udało się nam zdobyć bardzo dokładne mapy tych terenów (1:10.000). Tak wiec Wojtek wyznaczył cel, oddalony jakoby o 4 godziny marszu. Udać mieliśmy się nad jeziorka na wysokości około 1000 m. npm.
Wyruszyliśmy po 17, jako że jest już wtedy trochę chłodniej, a upały dochodzące do 500C były nie do wytrzymania, ponieważ koniecznie musieliśmy chodzić w maskach na twarzach i pełnym umundurowaniu chroniącym choć trochę od komarów. Około 23 po pokonaniu znanych nam już 400-300 metrowych pasm, stanęliśmy przed nieznanymi górami. Okazało się, że góry te to nie bajka, wszędzie piargi, niesamowicie bystro i śnieg. Skalą trudności góry te nie odbiegały od znakowanych ścieżek tatrzańskich, tylko odległości są zdecydowanie większe. Do tego praktycznie nie ma możliwości zatrzymania się, ponieważ od razu oblegały człowieka tysiące, miliony komarzyc. Ratunkiem mógłby być tylko wiatr, którego akurat nie było. Na szczęście jeszcze w Workucie zaopatrzyliśmy się w gazy higieniczne i z tymi "maskami gazowymi" na twarzach ciągle chodziliśmy wdychające opary "tajgi", tutejszego preparatu na owady, który umożliwiał nam co jakiś czas podniesienie "moskitier", aby cos zjeść, łyknąć wody lub chociażby popatrzeć na "widoki poprzez chmary".
Na najwyższej górceKażdy z nas wybrał sobie inna drogę i ruszyliśmy na szczyty. Trasa była męcząca, głównie przez komary. Pomijając fakt, że skręcenie nogi tutaj, 5 godzin od pasiołka, gdzie na pewno nic nie dojedzie, nie jest mila perspektywą. Niemniej jednak po około 2 godzinach weszliśmy na szczyt około 900 m. npm. Krajobraz iście księżycowy, przypominał trochę Gorgany, wszędzie tylko głazy, głazy, szare głazy, no i komary. Dookoła takie same góry, z jednej strony ukazała się przepiękna głęboka, mroczna dolina. Niestety pogoda zaczęła się psuć, a do jeziorek pozostawało nam wciąż jeszcze 4 godziny. Wojtek, Dorota i Gosia, którzy chcieli jeszcze się przejść postanowili iść jeszcze w ich stronę przez godzinę, a potem zawrócić, a ja, Murzyn i Jacek ruszyliśmy od razu na dół.
Po zejściu, u podnóża góry gdzie przybyliśmy około 4, postanowiliśmy się przespać. Rozłożyliśmy karimaty, położyliśmy się i ...... bzzzzzzzzzzz bzzzzzzzzzzzz bzzzzzzzzz. Pierwszy raz wdzięczna byłam losowi za anilanka, która jest już trochę zużyta i cienka, wiec mogłam się do niej cała schować i pozamykać przed komarami wszystkie otwory. Natomiast Jacek z Murzynem, zaopatrzeni przezornie w cieple puchuwyWojtek w "masce" (w końcu jechali za krąg polarny), nie mogli nawet marzyć o tym, aby się w nich położyć, ponieważ słonko już dawno wzeszło i zaczynało przygrzewać. Po godzinie doszedł do nas Wojtek, który omal nie przypłacił życiem pewnego ciekawego "dupozjazdu". Zaczęliśmy oczekiwać na dziewczyny. Niesamowite rzeczy dzieją się w ludzkim organizmie narażonym na ciągły "obstrzał" komarów. W końcu przestaliśmy to wytrzymywać, pierwsze tylko rozmawialiśmy o komarach: ile ich jest, kiedy śpią i co jedzą, czy wystarczy wytruć komary, żeby ich nie było. Potem człowiek robi się nerwowy, a potem pragnie przed nimi uciec. Dopiero o 6 przyszły dziewczyny i mogliśmy rozpocząć ucieczkę - "ucieczkę przed owadami" (przypomina mi się taki film "Rój"). Komarów robiło się coraz więcej, nad każdym z nas krążyła ich cala chmura. Na plecakach, placach, spodniach, butach było po prostu czarno, wystarczyło się na chwilę zatrzymać, a oblepiały człowieka jak jakaś maˇ. I to ciągłe brzęczenie. Do tego zrobiło się niesamowicie gorąco, a my w tych maskach na głowach, już całych czarno-czerwonych od ciał poległych komarzyc. Na szczęście udało się nam znaleˇć dość wygodną drogę, wiec przynajmniej w początkowej części nie trzeba było przedzierać się przez chaszcze. Nie ominęło nas to już niżej, gdzie dodatkowo musieliśmy kilka razy przekraczać rieczki, ale wtedy nie było już tylu komarów. W końcu około 10 rano, po 17 godzinach tego czterogodzinnego spaceru, wycieńczeni, raczej psychicznie niż fizycznie, przybyliśmy do turbazy. I słysząc dookoła wciąż brzęczenie posnąliśmy.

W sobotę postanowiliśmy wyjechać. Jeszcze tylko Dorota z Gosia zrobiły sobie spacer do granicy europejsko-azjatyckiej (12 km) w ostatnim momencie zdarzając na jedyny w tym dniu pociąg do Labytnangi.

Tak oto pożegnaliśmy miły 110 km, pasiołek bez nazwy, w którym mieszka około 400 mieszkańców, w którym jest jeden sklep i tylko jeden samochód (bez rejestracji). Za to, co nas bardzo zaskoczyło, urząd gminy zaopatrzony jest w ksero, formatu chyba A-10, i taki zestaw komputerów, że niejedna firma w Polsce może im tego szczerze pozazdrościć. Mimo komarów, które tłumnie przyszły na tory nas pożegnać, żal było odjeżdżać. Zaczęliśmy dostrzegać nadchodzący koniec wyprawy, w końcu, mimo że nadal oddalaliśmy się od Polski, pomału zaczęliśmy do domu powracać.