......... 3411 m. n.p.m., czyli warto było jechać - góry Ałtaj [Ałtaj 2002] ...



03.07.2002
Wreszcie, po siedmiu dniach, wsiedliśmy do busa, którym mieliśmy pokonać prawie cały Trakt Czujski, aż do Kosz-Agacza. Niestety nie udało nam się załatwić jakiegoś busa nie z "mafii". Mafia - w Rosji oznacza praktycznie wszystko co jest zorganizowane w pewien monopol. W tym przypadku, było to po prostu kilku busiarzy, którzy nie pozwalali turystom na "rejsy" tańsze niż 4.800 rubli.

Ałtaj
Ałtaj - to potężny łańcuch górski w Azji Środkowej, na terytorium Rosji (w Kraju Ałtajskim i Republice Ałtaj), Kazachstanu, Mongolii i Chin. Rozciąga się na przestrzeni ok. 2000 km. Obszar Ałtaju jest bardzo słabo zaludniony.
Dzieli się on na:
- część północno-zachodzi - czyli najwyższy Ałtaj właściwy (w Rosji i Kazachstanie)
- część centralna - Ałtaj Mongolski
- część południowo-wschodnia - Ałtaj Gobijski.
Górotwór ten był kilkakrotnie fałdowany, ostatecznie wypiętrzony w orogenezie alpejskiej. Składa się z szeregu pasm i grup górskich (najwyższe z nich to Góry Katuńskie i Czujskie). Najwyższym szczytem jest Biełucha 4506 m n.p.m. Poszczególne pasma oddzielone są od siebie głębokimi dolinami i kotlinami, zwanymi stepami (Czujski, Kurajski). Najwyższe partie Ałtaju cechują się wysokogórską rzeˇbą alpejską. Klimat jest tutaj umiarkowany chłodny górski, wybitnie kontynentalny, z gorącymi latami i bardzo zimnymi zimamy (do -60C). Szczególnie suche są dna kotlin, położone w cieniu opadowym, np. w Kotlinie Czujskiej ok. 100 mm opadu rocznie. Północno-zachodnie stoki otrzymują do 2000 mm.
W terenie Ałtaju znajduje się ponad 3500 jezior, m.in. największe: Teleckie i Marka-kol. Przepływają przez niego liczne rzeki, np.: Buchtarma, Bija, Czuma, Katuń, ˇródła Obu i Irtyszu. Wilgotniejszą część północną porasta tajga (zajmująca 70% pow. Ałtaju, w zachodniej części jodłowa, w południowej modrzewiowa, w północno-wschodniej jodłowo-limbowa). Część południową zajmują suche stepy i pustynie, wyższe partie zaś - łąki górskie i lodowce (900 km2). W Ałtaju rośnie obficie żeń-szeń, zw. tu złotym korzeniem. Z flory spotkać można tutaj m.in.: susły, chomiki dżungarskie, górskie rysie indyjskie, sobole, łosie, piżmowce, marale, niedżwiedzie, rosomaki, syberyjskie kozły górskie, archary (owce górskie).
Występują bogate złoża: cynku, ołowiu, rtęci, żelaza, miedzi i złota, a także węgla kamiennego.
Historia
Ałtaj do Rosji przyłączono w połowie XVIII wieku, gdy zagrożeni przez Chińczyków zajsanowie (wodzowie ałtajskich plemion, ten urząd przetrwał do dziś) oddali się pod panowanie carów. Przemierzały wówczas tę trasę liczne rosyjskie karawany. Z roku na rok coraz więcej kupców (szczególnie bijskich) dorabiało się sporych fortun. Finansowali oni następnie prace nad ulepszaniem Traktu Czujskiego, które w latach osiemdziesiątych XIX stulecia prowadził między innymi polski inżynier Antoni Breszczyński.

Po przejechaniu ponad 100 kilometrów Traktu Czujskiego, kilkakrotnej walce z niedomykającymi się drzwiami naszego busa, siadł w nim pasek klinowy. Raz, drugi, trzeci - kierowca nasz zakładał coraz to nowe paski, zakupywane od przejeżdżających drogą Ład. W końcu i on się poddał. Wysadził nas gdzieś..., kilkanaście kilometrów za Szebalinem, a sam ruszył do pobliskiego pasiołka obiecując nas zabrać za "chwilę" (wyjaśnienia rosyjskich jednostek czasowych - patrz w aneksie). Zdecydowaliśmy się coś złapać. I jakimś dziwnym trafem się udało. Zatrzymał się nam "krokodyl" z zabudowaną, szczelnie zamkniętą paką. Fgośka z Dorotą siadły w szoferce, a reszta władowała się do tego metalowego pudła. Pierwsze wrażenie było nieciekawe. Przejeżdżaliśmy przez najpiękniejszy kawałek Ałtaju w ciemnej, zamkniętej pace, na pochyłym tapczanie, wśród skrzynek jabłek i przeboju Rosji: dwulitrowych butelek z piwem. Dodatkowo po jakimś czasie dał się zauważyć niejaki deficyt tlenu. Co gorsza również trudności w komunikacji z przodem, co w przypadku "awarii pęcherza" nie było bynajmniej najmilsze dla niektórych z nas. Wjechaliśmy niesamowitą, wykutą w skale drogą na przełęcz Ciemińską. Po paru godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w ałtajskim zajeˇdzie (przed Inią). Standard jest tutaj naprawdę europejski. W jurcie posadzono nas przy niskiem stoliku, kilka Ałtajek w fartuszkach skakało obok nas, serwując nam coraz to inne dania. Na koniec, już gratis "ciekien" - czyli skisłe mleko oraz "sznaps" - czyli wódka ałtajska pita z w specyficzny sposób: należy trzymac kieliszek za dno. W sumie posiłek ten kosztował nas 140 rubli za 7 osób!!!
Już po północy dojechaliśmy do Aktaszu, gdzie kierowca wysadził na przy gostnicy, a sam pojechał dalej zjeżdżając z Traktu Czujskiego.

04.07.2002
Rano zaserwowaliśmy sobie banię. Pan rozpalający w niej nie zareagował na nasze prośby odnośnie tego jakie temperatury tolerujemy. Tak więc pociliśmy się w pomieszczeniu, w którym temperatura dochodziła chyba do 1000C.

Bania
Bania - to taki rosyjski substytut łazienki. Stoi ona sobie przeważnie kilka metrów od budynku mieszkalnego. Składa się z trzech pomieszczeń. W pierwszym z nich panuje temperatura dla przeciętnego śmiertelnika już trudna do zniesienia. Jest to "przebieralnia". Następnie przechodzi się do drugiego pomieszczenia, w którym temperatura jest już dużo wyższa. W tym pomieszczeniu znajdują się pojemniki z zimną wodą, miski i rondelek. Ciepła woda znajduję się natomist w pomieszczeniu nr 3 nad paleniskiem. Polacy robią to tak: łapią za rondelek otwierają drzwi do pomieszczenia nr 3, starają się tam jak najmniej wsunąća a nabrać jak najwięcej tejże gorącej wody, uważając przy tym, żeby nie dostać udaru. Jeśli operacja się ta powiedzie, miesza się zdobyczną wodę gorącą z zimną i już wodą o pożądanej temperaturze polewa się całe ciało. Rosjanie natomiast siedzą sobie w pomieszczeniu nr 3, po czym przechodzą do nr 2 i tutaj polewają się zimną wodą, po czym znów idą do pomieszczenia nr 3 i się nagrzewają.
Generalnie pomysł jest rewelacyjny, po paru minutach do temperatury w pomieszczeniu nr 3 się człowiek przyzwyczaja, a brud wypełza się z ciała wszystkimi porami.
No a na koniec niestety jest trzeba wyjść na chłod na zewnątrz...

Po zaliczeniu bani, Jackowi udało się wynająć ciężarówkę za 1.700 rubli.
Podróż na pace wśród pokrapującego deszczu i wiatru nie wydawała się być na początku przyjemnością, ale po paru kilometrach, gdy wyjrzało słońce a wiatr chłodził nas po twarzach, ten środek transportu okazał się być rewelacyjny.
Widoki zrobiły się rewelacyjne. W tle alpejskie szczyty pokryte śniegiem, a na pierwszym planie żółto-czerwone górki z licznymi kanionami po wyschniętych rzekach. REWELKA!
Do tego co chwilę na drodze pojawiały się krowy. A to sobie szły, a to stały, a to w najlepsze leżały. Krowa to jest zwierzę niesamowite, nie robi na niej wrażenia, ani klakson, ani widok przejeżdzającego samochodu, ona sobie po prostu z całym dostojeństwem i powagą chwili leży. Toteż nikt tutaj ich nie wyklina, ani nie próbuje klaksonić, po prostu kierowcy starają się je omijać.
Widok z ciężarówki rozciągał się na wszystkie strony świata, można było robić zdjęć do woli! Minęliśmy Kosz-Agacz i polną drogą dojechaliśmy do Kokorii a potem dalej. Ponieważ chcieliśmy wysiąść nad rzeką, tak więc kierowca tam się skierował. Nagle na pace zrobił się ruch! Podjechaliśmy na skraj głębokiej doliny. Myśliliśmy, że to koniec wycieczki, że zejdziemy z tej góry na nogach, a tymczasem samochód zaczął zjeżdżać w dół. Przed nami widzieliśmy tylko przepaść, a auto osuwało się w nią. Nie pozostało nam nic innego jak tylko zaufać jego hamulcom... które na szczęście okazały się być sprawne.
W końcu dojechaliśmy na duże plato nad rzeczką. Tutaj podziękowaliśmy kierowcy i rozbiliśmy obóz, tutaj spędziliśmy 2 noce. Dolina była na wysokości około 2000 mnpm. Koło wieczora niestety okazało się, że pojawiły się komary. Wprawdzie było ich mniej niż na Uralu, za to gryzły potwornie, a po jakimś czasie zniknęły. Jak potem zauważyliśmy pojawiały się one tylko na dwie godziny dziennie (w okolicach zachodu słońca). Jak wiadomo najlepszym środkiem przeciw komarom jest wiatr, a tutaj na szczęście wiało praktycznie non-stop. Natomiast pojawił się nam inny problem: brak opału. Wprawdzie nad rzeczką było trochę wątłych drzewek, ale do rzeczki było 300 metrów bystrej skarpy. Dorota jako pierwsza wrzuciła krowi placek do ogniska. Palił się rewelacyjnie i wbrew obawom nie śmierdział. Także Jacek wieczorem chodził dookoła obozu i zbierał krowie placki.
Od razu w pierwszy dzień poszliśmy sobie na mały rekonansik na parę pobliskich górek. Widok z nich roztaczał się niesamowity. Góry te zupełnie nie przypominają tych znanych nam z Polski ani Europy. Są dość płaskie, niezalesione, stepowe. Wszedzie trawa, piach i nory suślików. Co jakiś czas przebiegał od jamki do jamki jakiś suślik. Suślik to takie małe żyjątko przypominające świstaka.

05.08.2002
W tym dniu dzien postanowiliśmy zdobyć Wielką Łapę. Zwyczajem z minionego roku, niektórym górkom nadawaliśmy własne nazwy. Wielka Łapa była to dość płaska, ale rozległa góra, cała czerwona, poprzecinana niesamowitą ilością wyschniętych koryt rzek. Po wejściu na Wielką Łapę poszliśmy dalej na sąsiednich górek (do 2.400mnpm). Oczywiście ponieważ wiał zimny wiatr zapomnieliśmy jak wysoko jesteśmy i że słońce tutaj nieˇle przygrzewa. Przy tym okazało się, że wyjeżdżając z Polski o komarach pomyśleliśmy, natomiast o słońcu zapomnieliśmy. W plecakach znalazł się tylko jeden krem z jakimś mizernym filtrem. Na szczęście po paru godzinach uświadomiliśmy sobie fakt istnienia słońca i zaczęliśmy chodzić w hustach i gazach na twarzach oraz ubrani od stóp do głów, co i tak nie uchroniło Wojtka i Jacka od oparzeń.

06.07.2002
Następnego dnia dostaliśmy zaproszenie do "dzieckiego łągra". Na sąsiednim plato, 3 km od nas, znajdowała się dziecięca kolonia. Wszystkie dzieci z Kokorii przyjeżdżały tutaj na wakacje. Spały w drewnianych jurtach, była polowa kuchnia i bania, a poza tym wszystko tak jak u nas na koloniach: gry i zabawy. Oczywiście zostaliśmy otoczeni przez dzieci. Jacek z Ogośką - nauczyciele geografii rozpoczęli lekcje, pokazywali dzieciom gdzie leży Polska, przeglądali ich podręczniki. Nauczyliśmy się też on nich paru słów po ałtajski (byjan - dziękuję, dżakszybokzyn - do widzenia). Na pamiątkę zostawiliśmy im wszystkie nasze drobne polskie monety i zorganizowaliśmy sesję zdjęciową. Zostaliśmy również zaproszeni do jurty ałtajskiego małżeństwa, które tam mieszkało. Poczęstowani zostaliśmy super placuszkami o nazwie borsok i kajmakiem, czyli słodką śmietaną z krowiego mleka.

Język ałtajski
Język ałtajski należy do tureckiej grupy języków. W pisowni używają cyrylicy wzbogaconej o 4 dodatkowe litery:
H- - czytane w sposób dla nas nie do wypowiedzenia
j - dż
ö - yh
ü - uh
Dowiedzieliśmy się także, że obo zwane jest tutaj dżalama. Są to paski z białego, koniecznie nieobrębionego materiału, o szerokości 4 cm. Wiązane są one na przełęczach, przy strumykach, aby zapewnić szczęście w podróży.
Innym zwyczajem jest zebranie na przełęczy parzystej ilość kamieni, następnie należy się pomoglić o pomyślną drogę. Na koniec dostaliśmy arczyn - czyli świętą gałązkę dawaną podróżnym na szczęśliwą podróż.
Podobnie jak np. u Indian, imiona, miasta, góry nazywa się na część jakiś zjawisk, zdarzeń lub zwierząt. Kosz-Agacz oznacza w języku ałtajskim - mało drzew. Natomiast syn właścicielki jurty miał na imię Aktasz czyli Biały Kamień. Sama nazwa Ałtaj w tutejszym języku oznacza Złote Góry.
Ałtajcy mieszkają w jurtach. Jurta zbudowana jest z krowich skór. Wprawny budowniczy potrafi ją rozłożyć w godzinę. Można manerwować jej rozmiarem, można nie rozbijać ją na całą szerokość przez co staje się wyższa, albo gdy mamy odpowiednio dużo miejsca rozłożyć całkowicie i wtedy jest ona niska, ale za to duża.
Na Ałtaju do dziś przetrwali szamani. Wprawiają się oni w trans i przenoszą się w światy dobrych i złych duchów, aby rozwiązywać z ich pomocą różne doczesne problemy. Coraz większą popularność zyskuje Ak-Dian, "biała wiara", zwana także burchanizmem. Jest to odmiana szamanizmu z elementami lamaizmu, ograniczono w niej krwawe ofiary. Nabiera ona stopniowo cech religii narodowej, mimo że sami Ałtajcy twierdzą, że są chrześcijanami.

Po południu tego dnia, gdy słońce już troche mniej przypiekało ruszyliśmy do upatrzonego wcześniej celu, grupy gór po drugiej stornie doliny. Musieliśmy przejść przez Step .........
Sam step jak i przejście po nim było niesamowity. Dolina, którą przechodziliśmy jest szeroka na kilkanście kilometrów. My mieliśmy do pokonania około 20 km. Liczyliśmy, że po drugiej stronie doliny gdzieś wśród widocznych drzew powinien znajować się jakiś potok (na mapie była zaznaczona tam rzeczka, ale linią przerywaną). Idąc udało się nam podjechać kawałek cieżarówką, ale do upatrzonego lasku i tak wciąż było daleko i do tego pojawiły się komary. Ubraliśmy się w maski. Na szczęście Wojtek wypatrzył na choryzoncie zimnik.

Zimnik
Zimnik - to chata ałtajska, którą Ałtajcy używają sezonowo. Np. w czasie wypasania krów. Krowy wypasa się tutaj w specyficzny sposób: po prostu się je wypuszcza i one sobie chodzą. Wszystkie chaty w rejonie Kosz-Agacza miały płaskie dachy - albo ściśniej ich po prostu nie miały, dom kończył się na suficie nad pomieszczeniem. Do końca nie doszliśmy dlaczego tak dziwnie budują oni swoje domy. Jedna usłyszanych przez nas wersji głosi, że po prostu nie ma tutaj w zimie zbyt obfitych opadów śniegu, w związku z tym nie ma potrzeby budować pochyłych dachów. Ałtaj to najdalej w Rosji położone miejsce od jakiegokolwiek morza lub oceanu, toteż klimat jest tutaj subkontynentalny z upalnymi latami (i chłodnymi nocami) oraz bardzo mroˇnymi zimami. Sami Ałtajcy twierdzili, że nie budują dachów, ponieważ ich na to nie stać. A pewnie prawda tkwi gdzieś po środku.

Tą noc spędziliśmy, więc w zimniku, w których zamieszkiwały pewna Kazaszka z nastolednią córką. Były one trochę przestraszone i przejęte naszą wizytą - w sumie trudno im się dziwić - nagle 15 km od jakiejkolwiek osady ludzkiej, w środku stepu pojawia się grupa sześciu Polaków...

07.07.2002
Około południa ruszyliśmy. Znów w stronę lasku. Syn Kazaszki, który rano przybył na koniu, zapewniał nas, że wody tam nie ma, bo wszystko wyschło. A jednak była. Trafiliśmy na całkiem solidną rzeczkę, wśród modrzewiowego lasku, rozbiliśmy się na całkiem przyjemnej polance. Tutaj spedziliśmy 4 noce - na wysokości 2200-2300 m npm.
Jeszcze tego samego dnia, bez Wojtka, ruszyliśmy na pobliską górę. Ponieważ dysponowaliśmy tylko mapą 1:200.000, a na razie w wśród licznych szczytów trudno się nam było zorientować, oszacowaliśmy ją na jakieś 2.800 mnpm. Podejście nie było ciekawe, osuwające się spod stóp kamienie, ruchome piargi, dość stromo jak na ten rodzaj podłoża - dwa kroki do przodu krok do tyłu. Ale po 21 godzinach zdobliśmy szczyt. Z góry otworzył się nam niesamowity widok na kolejne niezliczone pasma. Zobaczyliśmy odległą o 50 km Mongolię i zaplanowaliśmy parę wycieczek na kolejne dni. Zejście, mimo moich obaw, okazało się dużo prostsze, po prostu się jechało na dół w tych piargach, jak po śniegu. Na dole, po dokładnym przestudiowaniu mapy, okazało się ze byliśmy na 3.200 mnpm!! Nasz pierwszy 3-tysięcznik.

08.07.2002
Na ten dzień zaplanowaliśmy udać się na widoczny z wczorajszego Giewontu - Wielbłąda. Nazwa powstała oczywiście od przypominającego dromadera kształtu góry. W rzeczywistości góra ta nazywała się Saljuzem (3.411m npm) i jako jedna z dwu była zaznaczona na naszej mapie. Niestety (a może dla naszych cer na szczęście) pogoda się popsuła, kropiło, a szczyty były zamglone. Tymniemniej o 7 rano wyruszyliśmy. Po drodze Ogośka, która miała "słaby dzień" postanowiła zamienić go na "dzień higieniczny" i wróciła do obozu. Wchodziliśmy dość przyjemną granią, wprawdzie w jednym momencie trzeba było przetrawersować, wśród piargów i kamieni, jakiś szczyt. Miłe toto nie było, ale nikt na szczęście nie dostał żadnym kamykiem w głowę, ani się nie stoczył... Wiało niesamowicie, wiało i było zimno. Od około 13 powoli, bo niektórym brak tlenu dawał się już we znaki, po kolei kolejni uczestnicy zjawiali się na szczycie. Widok przedstawił się rewelacyjny. Nawet udało się nam, że na chwilę wyszło słońce. Wszędzie dookoła góry i góry i góry. Bystre i bardziej płaskie, te dalej oświetlone, inne zaś we mgłach. Te na ostatnim tle, w stronę Biełuchy, zaśnieżone. Jacek naocznie zobaczył, że jego wymarzony szczyt (Tanbur 3.505 mnpm) jest chyba poza naszymi możliwościami, tudzież z uwagi na ukształkowanie terenu, tudzież nasz ekwipunek (a raczej jego brak). Na szczycie zrobiliśmy sobie oczywiście około tuzina zdjęć w różnych ujęciach, z różnych aparatów. Postanowiliśmy schodzić inną, dalszą trasą. Też granią, ale okrężną i trochę mniej stromą. Po zejściu z góry czekało nas niestety jeszcze 4 kilometry po stepie do obozu... i o 19.30 przywitała nas Ogośka wrzątkiem.
Wrzątkiem z tego powodu, że jadło nam "dobiegało końca". Wyruszyliśmy w góry trochę niesrasobliwie z 8 bochenkami chleba (rosyjskiego), konserw było wprawdzie pod dostatkiem, ale nawet kus-kusa i soji zaczynało brakować.
Do tego wieczorem okazało się, że namiot trzyosobowy na 6 osób z plecakami to jednak trochę za mało. A tutaj noc zapowiadała się deszczowo i niewiadomo dlaczego Wojtek nie chciał spać tradycyjnie na zewnątrz? Po wielu debatach Wojtek zaległ w przedsionku, plecaki w workach na zewnątrz, a reszta ściśnięta w namiocie.

09.07.2002
Dzień kolejny. Tym razem to ja postanowiłam przeznaczyć go na cele higieniczne. Rano, po wyjściu z namiotu, zobaczyliśmy, że wszystkie szczyty są zaśnieżone. Śnieg zaczynał się 100 m. nad naszym obozem. Wszyscy oprócz mnie, około południa wyruszyli na niedługą wycieczkę nad jeziorko, które widzieliśmy wczoraj z Wielbłąda. Wycieczka okazała się nie być wcale taką krótką. Wrócili dopiero około 20.30, przewiani i przemoczeni.

10.07.2002
Ostatni dzień naszego pobytu w tym miejscu, przeznaczyliśmy na odpoczynek. Tymniemniej około 11 część grupy stwierdziła, że siedzieć tak jest nudnawo, tym bardziej, że nie ma co jeść! Wyruszyliśmy (bez Wojtka i Ogośki) na górę wznoszącą się nad naszym obozem i dalej granią "dokąd się da". "Góra nad naszym obozem" okazała się być bardzo mało przyjazną turystycznie. Bardzo stroma i o specyficznej budowie: prosto w górę iść się nie dało, natomiast trawersowanie też było niemiłe - po prostu było za stromo. Ale w końcu na nią weszliśmy i potem już granią ruszyliśmy dalej. Na wysokości ok. 3000 natrafiliśmy na super łączkę, wielkości około małego boiska, cała zakwiecona, głównie w czymś co przypominało nasze maki, tylko żółte i trochę mniejsze. Weszliśmy na szczyt 3.060 mnpm i tutaj się rozdzieliliśmy, ja i Fgośka postanowiłyśmy schodzić, a Jacek z Dorotą poszli dalej. Zejście przez tą "Górę nad naszym obozem" było tragiczne. O ile wejście zajęło nam 30 minut, to ja schodziłam 40 minut zaliczając w tym czasie parę "obsuwek". Jacek z Dorotą w tym dniu zaliczyli jeszcze jedną górkę, już podobno dużo bardziej stromą przypominającą naszego tatrzańskiego Mnicha.
Schodząc z góry zauważyłam, że potoku nad którym biwakujemy nie nigdzie dalej w stepie. Zainteresowana tym faktem poszłam wzdłuż niego. I rzeczywiście po 100 metrach znikał pośród kamieni stepu. Dolina biegła jeszcze w stepie pare kilometrów, ale wody już nie było. Tylko więc przypadkiem nie ominęliśmy tej rzeczki parę dni wcześniej, gdy tutaj przybyliśmy.

11.07.2002
Następny dzień - 11 lipiec to dzień moich imienin i odwrotu spod gór. 25 kilometrów po stepie, w upale, bez cienia cienia, co gorsza już totalnie bez jedzenia (moją imieninową czekoladę zjedliśmy na początku). Żyliśmy tylko nadzieją, że może po tej "drodze" coś pojedzie. Idąc natrawiliśmy na ałtajski cmentarz, totalnie w stepie, dookoła nic tylko mizerna trawa i piach. Cmentarz był "czynny". Dookoła każdego grobu Ałtajcy budują płotki, dlatego cmentarz z daleka wygląda jak miasteczko jakiś krasnali. Powietrze drgało. Cienia w promieniu 10 kilometrów nie uświadczysz, poza cieniem z naszych plecaków, który w południe skurczył się praktycznie do zera. Po ponad 6 godzinach drogi, resztką sił z żołądkami na kręgosłupie dobiliśmy wreszcie do Kokorii. Tu akurat stał busik! Jackowi po krótkiej wymianie zdań udało się przekonać kierowcę, żeby za 200 rubli zawiózł nas do Kosz-Agacza.
W Kosz-Agaczu ulokowaliśmy się w gastnicy (45 rubli od osoby z pościelą). Cena noclegu była proporcjonalna do warunków lokalowych. Russian Toilets jak po wojnie wietnamskiej - tak się przechylił, że trudno było do niego wejść, natomiast dużo prościej wpaść do którejś z licznych w nim dziur. Po ulokowaniu się ruszyliśmy na żer. Po tak długim niejedzeniu i skurczeniu się naszych żołądków obiad w postaci płowów (ryż z ziemniakami, mięsem i warzywami) tudzież łagmanów (bulion z ziemniakami, mięsem i warzywami), wywołał w naszych organizmach nagłe zainteresowanie wyżej opisanym przybytkiem.

Kosz-Agacz
Kosz-Agacz to ałtajskie miasteczko. Liczy 3 tysiące mieszkańców. My zawitaliśmy do niego w środku kontynentalnego lata, tak więc bardzo zdziwił nas widok pochylonych domów i słupów - okazuje się, że podobnie jak za kołem polarnym jest tutaj wieczna zmarzlina. W to niesamowicie gorące lato ziemia rozmarza tylko kilka metrów w głąb. Domy, jak już to wcześniej opisałąm, są pozbawione dachów, płaskie. Powoduje to, że miasteczko sprawia wrażenie bardzo egzotycznego.
Głównym ˇródłem dochodów mieszkańców, oprócz hodowli, jest przemyt, stąd też w co drugim domu znajduje się sklep.
Z Kosz-Agacza tylko trzy razy w tygoniu, we wtorki, piątki i niedziele, odchodzi autobus do Górnoałtajska, to bliższych miejscowości jest trochę więcej autobusów.

Po uporaniu się z boleściami żołądków, przed gostnicą natrafiliśmy na dwójkę turystów z Londynu. Jak się okazało zostali oni wysłani i wyekwipowani przez BBC, żeby nagrać audycję o śpiewach ałtajskich. Niestety wyszli sobie na wycieczkę w góry i... pogubili się. Zapodział im się pewien Ian! Jeszcze inna trójka Anglików zajmowała się w tej chwili jego poszukiwaniem. Zaangażowano w to również miejscową milicję i około połowy mieszkańców miasta. Za pośrednictwem nas, Anglicy kontaktowali się z miejscową milicją i mieszkańcami. Tradycyjny dialog wyglądał tak:
1. wersja mniej skomplikowana (przy udziale 3 osób)
Anglicy -> Wojtek (angielski)
Wojtek -> milicja (rosyjski)
2. wersja wilojęzyczna (co najmniej 4 osoby)
Anglicy -> OGoski (angielski)
Ogoska -> Doroty (polski)
Dorota -> Rosjan (rosyjki)
Na szczęście wszystko dobrze się zakończyło. Ian znalazł się w jednej z wiosek 25 kilometrów od Kosz-Agacza i został przywieziony przez milicję. Po czym już cała szóstka udala się na festiwal ałtajski do Ciemał. Gdzie i my mieliśmy się niebawem znaleˇć.